Licznik odwiedzin

piątek, 4 grudnia 2020

"Rana" Wojciech Chmielarz

 



    Dzień dobry :) Dzisiaj „Rana”, o której być może już sporo słyszeliście. Jeśli nie to warto sięgnąć po tę pozycję. Wojciech Chmielarz to pisarz, który nigdy mnie nie zawiódł. To moje trzecie spotkanie z autorem. Na blogu znajdziecie wpisy o „Żmijowisku” i „Wyrwie”. „Rana” jest historią, która w zestawieniu z tytułami, o których wspominam wyżej wypada w moim odczuciu najsłabiej, jednak nadal jest to książka, którą warto polecić i przeczytać.



    Jak najprościej opisać „Ranę”? Łatwo nie będzie, ale najkrócej ujmując jest to historia szkolna. Większość fabuły rozgrywa się w murach szkolnych, ale... to coś więcej niż tylko powieść o szkole i problemach z nią związanych.



    Ekskluzywna prywatna szkoła na warszawskim Mokotowie. To tutaj wszystko się zaczyna. Marysia, uczennica tejże szkoły ginie pod kołami pociągu. Nikt nie wie co się stało. Zagadkę próbuje rozwikłać Elżbieta – nauczycielka dziewczyny, która wkrótce sama ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Jedynymi osobami, które cokolwiek widziały są nieprzystosowany społecznie chłopak - Gniewomir i Klementyna - nowa nauczycielka.



    „Rana” to książka o ludziach, którzy w swoim dotychczasowym życiu zaznali wielu cierpień. To powieść, która ciekawi, fascynuje i jednocześnie przeraża, kiedy uświadamiamy sobie, że niektóre rany nigdy się nie zabliźnią. Można z nimi żyć, ale nigdy się o nich nie zapomina. Powieść Chmielarza rani do żywego, wstrząsa i pozostawia nas z pytaniami, na które nie da się konkretnie odpowiedzieć. Świat w końcu nie jest tylko czarno - biały. Ma również różne odcienie szarości…



    Jestem przekonana, że „Rana” to doskonały pomysł na Mikołajkowy upominek. Bardzo lubię thrillery psychologiczne z wątkiem kryminalnym dlatego jeśli poszukujecie właśnie takiego gatunku, na pewno się nie rozczarujecie.



Pięknego weekendu :)



Wasza Aleksandra





wtorek, 24 listopada 2020

"Lśnienie" Stephen King

 



Witajcie :-) Co powiecie na wieczór z Kingiem? Dziś propozycja dla miłośników horrorów. Można rzec, że to klasyka Kinga, którą powinno się poznać.


„Lśnienie” to moje kolejne spotkanie z Kingiem. Po chwili zastanowienia mogę stwierdzić, że udane, choć denerwował mnie King tutaj kilkukrotnie, ale o tym za chwilę ;)


Jack Torrance, były nauczyciel, otrzymuje pracę dozorcy w opuszczonym na okres zimowy górskim hotelu. Przenosi się tam wspólnie z żoną i pięcioletnim synem Dannym. Pewnego dnia burze śnieżne odcinają od świata rodzinę Torrance’ów. Właśnie wtedy Danny odkrywa, że hotel jest nawiedzony, a duchy powoli doprowadzają jego ojca do obłędu. Sytuacja staje się coraz bardziej niebezpieczna…


King stworzył rewelacyjne dzieło pod względem napięcia. Czuje się ten narastający niepokój i strach. Autor potrafi w doskonały sposób wprowadzić czytelnika w nastrój grozy. Na początku robi to bardzo subtelnie i delikatnie. To według mnie mistrz gradacji napięcia. Tego odmówić mu absolutnie nie wolno.


Muszę jednak stwierdzić, że „Lśnienie” oprócz momentów genialnych miało także fragmenty, które mi się dłużyły i podczas czytania których miałam ochotę rzucić książkę w kąt. „King co Ty odwaliłeś?!” - niejednokrotnie łapałam się za głowę. Jednak za każdym razem, kiedy odkładałam książkę, zastanawiałam się co będzie dalej! I to powodowało kontynuację mojego dalszego spotkania z rodziną Torrance’ów.


Zastanawiałam się wiele razy skąd King czerpie pomysły na swoje książki. Za każdym razem fabuła jest bardzo interesująca i wciągająca. Pomimo „dłużyzn”, które w zasadzie są bardzo charakterystyczne dla Kinga. To taki jego znak rozpoznawczy ;)


„Lśnienie” nie należy wprawdzie do moich ulubionych książek Stephena Kinga, ale na pewno warto poświęcić swój czas tej lekturze. Tylko zastanówcie się dwa razy zanim zaczniecie czytać w nocy ! ;)


Zaczytanego wieczoru! :-)


Wasza Aleksandra




wtorek, 10 listopada 2020

"Narzeczona z getta" Sabina Waszut

 


Witajcie na Czytadłach :) W ten ponury, szary i przygnębiający dzień przybywam do Was z nową propozycją. Dotyka ona tematu trudnego, ale historia jednocześnie opisana jest w tak interesujący sposób, że nie dałam rady przejść obok niej obojętnie. Na swoim blogu już kiedyś, przy okazji polecania Wam książki z tzw. literatury obozowej wspominałam, że nie lubię fikcyjnych historii o wojnie. Sam temat wojny jest tak trudny, że uważam, iż nie ma sensu podkręcać emocji jeszcze bardziej. Wystarczą fakty. Teraz, kolokwialnie rzecz ujmując, posypuję głowę popiołem. Myliłam się. Przynajmniej jeśli chodzi o „Narzeczoną z getta”.



Autorka w posłowiu wspomina, że chociaż jej bohaterowie i niektóre wydarzenia opisane w książce są fikcyjne, to cała konstrukcja zbudowana jest na fundamentach prawdziwych miejsc i wydarzeń.



Historia zaczyna się od młodego małżeństwa, które dostaje starą przedwojenną szafę. Stary mebel intryguje kobietę do tego stopnia, że zaczyna szukać pierwszych właścicieli szafy. Dowiaduje się, że szafa należała do rodziny żydowskiej. Dalsze poszukiwania doprowadzają kobietę do Mikołaja, pasjonata historii i opiekuna żydowskiego cmentarza. To on pomoże Basi odkryć historię Sary, Żydówki zakochanej w goju-synu miejscowego szklarza. Wojna, która wybucha rozdziela zakochanych – Jan zostaje powołany do wojska, a Sara i jej rodzina przeżywają koszmar holocaustu. Więcej nie zdradzę. To tylko początek i mały kawałek tej niesamowitej historii, która niesie ogromną dawkę bólu, strachu i smutku, ale jednocześnie radości i niekończącej się nadziei.



Wspomnę Wam jeszcze, że fabuła dzieje się w dwóch przestrzeniach czasowych: w latach wojennych i współczesnych. Sporo dowiadujemy się także o Barbarze, która poznając losy Żydówki, sama rozprawia się ze swoimi demonami przeszłości.



Sabina Waszut stworzyła piękną historię, która pachnie drewnem, ziemią, rzeką...i nadzieją, która nie umiera nigdy! :)



Wasza Aleksandra


P.S. Czy okładka nie jest zachwycająca?! ;) 


poniedziałek, 2 listopada 2020

"Portret nieznanej damy" Vanora Bennett

 



Dobry wieczór :) Dzisiaj kolejny wpis. Niestandardowo w poniedziałek. Na dobry początek tygodnia podczas tych niespokojnych i dziwnych czasów, w których żyjemy...ale nie o tym ten post ;)


Słyszał ktoś z Was o książce „Portret nieznanej damy”? Ja przyznaję bez bicia, nigdy nie słyszałam. Trafiłam na tę pozycję przypadkowo podczas wyprzedaży organizowanej przez bibliotekę w moim mieście. Zapłaciłam za nią całe dwa złote!!! Bardzo marnie wyceniona jak na tak dobrą pozycję! Tak więc skorzystałam :)


„Portret nieznanej damy” to powieść historyczna, w której znajdziemy również połączenie romansu z thrillerem. Powieści historyczne nie należą do moich ulubionych. Najczęściej zwlekam z ich czytaniem, ale ta pozycja jest absolutnie wyjątkowa. Na okładce przeczytamy: „Wielbiciele Dziewczyny z perłą przyjmą tę powieść z zachwytem”. Nie lubię takich porównań, jednak jestem zakochana w „Dziewczynie z perłą” dlatego wzięłam się za „Portret...” Zaczęłam czytać i przepadłam dla świata:) Trudno ubrać w słowa swoje emocje i uczucia, które mi towarzyszyły podczas lektury. Czasami słowa to za mało…;)


Książka opisuje losy słynnego renesansowego malarza Hansa Holbeina. Artysta przybywa do Anglii, by namalować portret rodziny słynnego humanisty, Thomasa More’a. Tam zakochuje się w jednej z jego przybranych córek - Meg...Ona jednak kocha innego...W jej sercu gości dawny nauczyciel John Clement o niesamowitym uroku osobistym i niejasnej przeszłości…


Książka ta to piękna biografia malarza. To fascynująca, pełna prawdziwych postaci i zdarzeń opowieść o miłości, sztuce i polityce…


Fabuła książki wciąga od pierwszej strony. Czytając miałam niesamowite wrażenie cofnięcia się w czasie. Vanora Bennett napisała powieść w sposób tak ciekawy, intrygujący i plastyczny, że wręcz czułam się jakbym żyła w XVI - wiecznej Anglii. Do tego ta okładka! Majstersztyk! :)


„Portret nieznanej damy” polecam wielbicielom powieści historycznych i historii Anglii. Jest to w 100% powieść warta przeczytania. To moje największe zaskoczenie tego roku!:) Niezapomnianych wrażeń!;)



Wasza Aleksandra


sobota, 24 października 2020

"Dżozef" Jakub Małecki

 



Witajcie w sobotę :-) Dziś kolejna powieść znakomitego moim zdaniem, polskiego pisarza Jakuba Małeckiego. Wiem już, że jeśli sięgam po książkę tego autora to będę miała przysłowiową burzę mózgów. Mnóstwo przemyśleń, zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych. Musicie wiedzieć drodzy Czytelnicy, że książki Pana Małeckiego do łatwych nie należą. To wymagająca lektura, która momentami wydaje się zabawna ( autor ma specyficzne poczucie humoru ), ale porusza bardzo poważne, mądre i życiowe tematy.


„Dżozef” opowiada losy pacjentów leżących w jednej sali szpitalnej. Grzegorz Bednar, biznesmen Kurz, stary Maruda i Ten Czwarty. Ich wszystkich łączy jeszcze Joseph Conrad. Tak, dokładnie ten o którym właśnie pomyśleliście! ;) Jeden z bohaterów namiętnie czyta wszystkie książki autorstwa Conrada. Obecność Josepha Conrada zmienia tutaj wszystko. Ten Czwarty czyli Stanisław Baryłczak ( wielbiciel Conrada) majacząc skłania Grzegorza do spisania jego opowieści. Opowiada on o małym Stasiu powołującym do życia kozła z drewna, który jest zarówno jego towarzyszem jak i przekleństwem. Opowieść Czwartego jest coraz bardziej niepokojąca i mroczna. Lęk bohaterów potęguje jeszcze fakt, że przestrzeń, w której przebywają zaczyna się kurczyć, znikają korytarze, a z każdym dniem sala szpitalna staje się coraz mniejsza. Jak zakończy się ta historia? Odsyłam Was do mocnej, dobrej, a jednocześnie niepokojącej i intrygującej lektury.


„Dżozef” to lektura niepozbawiona humoru i satyry, z pogranicza realizmu magicznego. Jakub Małecki jak zwykle pokazuje swoją najmocniejszą stronę : wrażliwość językową.


Co do mnie jeszcze przemówiło w tej powieści? Bohaterowie. Różni. Każdy inny, ale każdy z przywarami, wadami i zaletami dzięki czemu widzimy ich jako ludzkich, zwykłych Kowalskich. Takich jak my, z którymi możemy się utożsamiać.


Kończąc, chcę Wam tylko powiedzieć, że Jakub Małecki należy do moich ulubionych pisarzy polskich. Być może już się powtarzam, ale napiszę to jeszcze raz. Każda historia napisana przez Małeckiego porusza mnie do głębi i sprawia, że chcę coraz więcej i więcej takich lektur…


Ściskam Was mocno i życzę samych dobrych lektur.


Zdrowego i spokojnego weekendu :-)



Wasza Aleksandra


czwartek, 8 października 2020

"Żałobnica" Robert Małecki

 



Witajcie! Tym razem znowu Małecki, ale nie dajcie się oszukać, bo to Robert Małecki. W poprzednich wpisach zachwycałam się książkami Jakuba Małeckiego. Dziś nadchodzi Robert! To moje pierwsze spotkanie z tym Małeckim. Z polecenia i całkiem udane. Spodziewałam się czegoś innego i dostałam też coś innego. Jestem zadowolona więc polecam dalej;)



„Żałobnica” to thriller, a ja uwielbiam ten gatunek. Jeśli Ty, drogi Czytelniku również, to zachęcam Cię do poznania fabuły tej skomplikowanej, a jednocześnie intrygującej historii.



Tytułowa Żałobnica to piękna kobieta po trzydziestce. Po śmierci męża dziedziczy spory majątek i świetnie prosperujące przedsiębiorstwo. W wypadku traci również pasierbicę. Żałobnica Anna skrywa tajemnicę, która po latach wypływa na wierzch. Ktoś zaczyna manipulować jej życiem wzbudzając strach i przywołując mroczną przeszłość...Kto to taki? Co stało się w przeszłości i jaki wpływ ma to na obecne życie Anny? To i wiele innych pytań mnoży się podczas lektury Roberta Małeckiego.



Akcja toczy się w trzech przestrzeniach czasowych: teraz, wcześniej, dawno temu. Każda z tych przestrzeni jest bardzo ważna i w każdej wydarzyło się coś, co ma wpływ na kolejną przestrzeń. Fabuła i akcja ładnie się zazębia po to, aby ostatecznie rozwiązanie całej historii pozostawiło nas w zdziwieniu i niedowierzaniu.



Atmosfera „Żałobnicy” jest ciężka i przytłaczająca tak jak sama okładka. Nie jest to książka rozrywkowa dlatego jeśli chcecie się rozerwać to nie ta bajka;) „Żałobnica” to powieść, która podkreśla wagę relacji w rodzinie. To, że o relacje trzeba dbać i je pielęgnować. Pokazuje również, że każda tajemnica w końcu ujrzy światło dzienne. Im bardziej staramy się ją trzymać w sekrecie, tym możemy być coraz bardziej pewni, że wszyscy dowiedzą się o niej w najmniej spodziewanym momencie. Bo tajemnice zaskakują, szokują. Czasami, a nawet często ich odkrycie zmienia nasze życie. Nieodwracalnie.



Dlatego bez zbędnych słów. Polecam. Po prostu. Poznajcie Żałobnicę.



Wasza Aleksandra 


czwartek, 1 października 2020

"Prawdziwe kolory" Kristin Hannah

 



Dzień dobry Czytacze! ;) Po powyższym zdjęciu wiecie już, którą historię ostatnio przeczytałam. Kristin Hannah jak zwykle mnie nie zawiodła. Nie wiem jak ona to robi, ale mnie urzeka jej pióro, sposób przekazywania emocji i fabuła. Nie przeczytałam jeszcze jej wszystkich książek, ale już sporo za mną i oczywiście mam swoich ulubieńców, jak i również te książki, które mniej mnie porwały. Jednak bezsprzecznie muszę stwierdzić, że nawet te historie, które uważam, za mniej interesujące i tak wywołały we mnie emocje :)


„Prawdziwe kolory” to historia opowiadająca losy trzech sióstr: Winony, Aurory i Vivi Ann. Różni je wygląd, zainteresowania, sposób życia, ale łączą więzy krwi i ojciec, zawsze chłodny i zdystansowany. O samej fabule nie będę dużo pisać. Nie lubię i nie chcę zdradzać za dużo. Wspomnę tylko, że pojawia się tutaj motyw zbrodni, co może zaskoczyć czytelników.


Kristin Hannah znowu to zrobiła! Spowodowała, że książkę przeczytałam błyskawicznie z wypiekami na twarzy. Konflikt, lojalność, zdrada, a nawet wstrząsająca zbrodnia – to wszystko znajdziecie w tej historii. Znajdziecie też niezachwianą wiarę i nadzieję oraz odkupienie win. Możemy domyślić się, że autorka za najważniejszą wartość uważa miłość i to widać również w tej powieści. Miłość z różnych perspektyw i do różnych osób.


„Prawdziwe kolory” to historia, która nie jest ckliwa ani przesłodzona. Opowiada o trudnym dzieciństwie i jeszcze trudniejszej dorosłości. Wzrusza i nie pozostawia obojętnym. Autorka to według mnie mistrzyni wywoływania emocji. Przeczytajcie i sami oceńcie! ;) Ściskam :)



Wasza Aleksandra